Dzisiaj z przymrużeniem
oka. Bardziej niż zbliżające się Walentynki natchnęła mnie do tego tematu moja
przyjaciółka, która rzuciła, że jej zdaniem moje wyniki z poszczególnych przedmiotów
są w tym roku wprost proporcjonalne do wyglądu prowadzącego. (Tak się składa, że
na moim kierunku wykładowców i asystentów płci męskiej jest dużo więcej niż
kobiet. I rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się wśród nich tacy, którzy naprawdę
mogliby uwiecznić okładkę jakiegoś kolorowego czasopisma.) Wydaje mi się, że
większość moich czytelników to kobiety (…?), więc postanowiłam, że jeden temat
mogę poświęcić temu, czym właściwie jest piękny mężczyzna? Specjalnie używam
słowa piękny, a nie przystojny – bo piękno to dużo więcej niż wygląd zewnętrzny.
Może na wstępie uprzedzę,
że mój gust, jeśli o wygląd chodzi, jest dość specyficzny, więc proszę go nie
brać do siebie. Zresztą ja te preferencje odnoszę też sama do siebie… Ale nie,
o tym innym razem. Więc w największym skrócie – jeśli chodzi o sam wygląd, to najbardziej
podobają mi się szczupli mężczyźni. Tacy bardzo szczupli też. Pociągają mnie, chociaż to śmiesznie brzmi, wystające kości policzkowe i delikatnie zapadnięte policzki. Poza tym u
mężczyzny zawsze zwracam uwagę na… brwi (gęste i ciemne - ideał) oraz dłonie.
No i oczy, bo „oczy są światłem duszy”.
Tym, co moim zdaniem jest
ważniejsze od wyglądu, jest inteligencja. Serio, nie ma nic
bardziej pociągającego. Tak jeszcze wracając do tych przystojnych asystentów –
wykładowca mojego ulubionego przedmiotu to chodzący przykład tego, że owszem,
wygląd wykładowcy (i jego garnituru, ekhm...)
ma znaczenie. Gdybym mogła, wstawiłabym tu jakieś zdjęcie poglądowe obrazujące,
jak dziewczyny przychodzą ubrane na wykłady i seminaria pana docenta. Albo moje
własne zdjęcie, jak o pierwszej w nocy uczę się na kolokwium z prowadzonego
przezeń przedmiotu, pijąc piątą kawę i próbując przekonać samą siebie, że
poświęcam się tak tylko ze względu na moje wybitne zainteresowanie szlakiem
mTOR i cyklem fosfoinozytoli błonowych. (Rezultat – śmiesznie wysoka średnia z
tego konkretnego przedmiotu, podczas gdy pozostałe przedmioty… no… na pozostałe
już nie miałam czasu.)
A tak na poważnie, trafiłam dzisiaj na cytat który jakoś wrył mi się w pamięć:
Prawdziwym kalectwem jest brak serca.
Jakiś czas temu brałam
udział w zajęciach, które prowadził młody lekarz na rezydenturze. Z onkologii.
Obiektywnie patrząc, nie był jakoś specjalnie przystojny. Na
pierwszy rzut oka nie miał w sobie nic takiego, co zapierałoby dech w piersiach.
A potem usiadł i zaczął spokojnym głosem opowiadać nam o pacjencie, który był w
jego wieku, dopiero co się ożenił… i on był tą osobą, która musiała powiedzieć
temu pacjentowi, że już nic się nie da zrobić. Że chemioterapia i tak nie
pomoże, więc ją wycofują. Słuchałam go i czułam tylko, jak rośnie mój podziw do
tego lekarza, podczas gdy ja sama robię się coraz mniejsza. Poczułam się jak
taka głupia, mała dziewczynka której wydawało się, że ma jakieś pojęcie o
życiu, a tak naprawdę nic jeszcze nie przeżyła. Dlatego jeśli kiedyś zdecyduję, że chcę z kimś spędzić resztę życia, to bynajmniej nie
ze względu na piękną twarz. Bo wiecie, jeśli za piękną twarzą nie kryje się nic
więcej, to mogę ją sobie równie dobrze wydrukować i powiesić na ścianie – będzie mniej problemów.
Natomiast nie wyobrażam sobie bycia w związku z kimś, kto nie ma serca dla innych. Empatia i wrażliwość na ludzką krzywdę to coś, bez czego nie można chyba nawet mówić o miłości.
Ciąg dalszy nastąpi - w Walentynki dokończę, jaki właściwie powinien być ten ideał.
A skoro mowa o ideałach... wiecie, co to za Panowie?


